dolnośląskie droża i bezdroża (część 3)

Ostatnie migawki z zeszłorocznego Dolnego Śląska – na zakończenie podsumowania i jako drobna, wspomnieniowa rekompensata za tegoroczny brak letnich wakacji  (trudno uwierzyć, że potrzebowałam aż roku, żeby zebrać to/się w całość).

Pałac w Gorzanowie

Do Gorzanowa trafiliśmy chyba dlatego, że z jakiegoś powodu postanowiliśmy pojechać boczną drogą, albo jechaliśmy planowo, nie wiedząc na co się natkniemy, ale mając oczy i uszy otwarte. Teraz już nie pamiętam i nie ma to większego znaczenia. Warto trzymać się wyznaczonej trasy i równocześnie z niej zbaczać, a i tak będzie co ma być – tak mogłaby brzmieć złota rada, udzielona wędrowcom. Po lewej stronie zostały przyuważone ciekawostki, podążyliśmy za pierwszą, a potem w stronę kolejnych: nimfarium, budynki gospodarcze, wreszcie sam pałac, na dziedzińcu fontanna i sporo opowieści na temat historii oraz teraźniejszości tego miejsca – dzięki temu, że akurat zaczynało się oprowadzanie, na które się załapaliśmy.

Unisław Śląski

Unisław Śląski pojawia się jako jedna ze scenerii Gorzko, gorzko Joanny Bator, my pojawiliśmy się tam kilka miesięcy przed premierą książki, na zakończenie udanej ekspedycji w Góry Kamienne. Miejscowość jest niewielka, a tym, co przykuło uwagę był pozostawiony samemu sobie osiemnastowieczny kościół ewangelicki – trzy lata temu jeszcze można było go nabyć drogą kupna, ale, sądząc po stanie w jakim się znajduje, chyba nie pojawił się nikt chętny.

Ząbkowice Śląskie

W rewiry Joanny zawitaliśmy jeszcze ponownie, odwiedzając Ząbkowice Śląskie – Królik grozy wrócił do macierzy. Czytałam tę książkę tylko raz i nie (za)chwyciła, ale co tam, podróżowanie literackimi śladami, to chyba zawsze ciekawy trop. W mieście Frankenstein rzeczywiście czekały osobliwości, jak np. porośnięte drzewami pozostałości dawnej ewangelickiej kaplicy czy kolejna na trasie ekstrawagancka willa w stanie upadku ( chociaż slogan głosi, że tu powstają stylowe mieszkania…), okazało się również, że nie tylko wieża jest krzywa.

Sokołowsko  

… ominięte bokiem, ale z planem powrotu w bliżej nieokreślonej przyszłości.

dolnośląskie droża i bezdroża, a raczej przydroża (część 2)

Zatrzymujesz się na poboczu, żeby sprawdzić dalszą drogę na mapie, zjeść coś, rozprostować ciało, odetchnąć. Polskie przydroża bywają porośnięte łąkową roślinnością, to pola, osiatkowane prostokąty zieleni ze stojącym na środku monstrualnym bilbordem (na szczęście coraz rzadziej przyobleczonym w „gołą babę” w takim czy innym wariancie), linie lasów, czasem miejsca postojowe – z drewnianą ławką i stołem i zaraz obok koszem, z którego wysypują się kilogramy, głównie plastikowych, śmieci, Polish beauty. Są jeszcze te komercyjne i zorganizowane – zajazdy, karczmy, „jak u mamy”, stacje benzynowe – wiadomo, ale to temat na osobne przyglądnięcie się.

Miejsca, na które nie zwraca się większej uwagi, którym nie robisz zdjęcia, by potem podesłać znajomym lub rodzinie: tak, tu był_m. Chwilę postoisz, pospacerujesz, sprawdzisz co masz sprawdzić, to co, jedziemy? I jedziesz dalej.

Być może jest taka zasada, że im dalej na zachód Polski tym mniej przydrożnych reklam, teza do zweryfikowania przy najbliższej wycieczce w tamtym kierunku.

ostatni dom na prawo

Przez cały dzień pewnej jesieni — dzień zadymką omglony, posępny i oniemiały, gdy chmury ciężko i nisko zwisły na niebie, przebywałem samopas i konno obszary niezwykle ponurej krainy i wreszcie w chwili przypływu zmierzchów wieczornych, stanąłem przed melancholijnym Domem Usherów. Nie wiem, jak się to stało, ale od pierwszego wejrzenia, które rzuciłem na ową budowlę, uczucie smutku ponad siły przeniknęło mą duszę. Mówię: ponad siły, ponieważ tego smutku nie koiło zgoła najmniejsze źdźbło owego nastroju, któremu istota poezji nadaje niemal barwy rozkoszy, a który zazwyczaj ogarnia duszę wobec najposępniejszych widoków natury, pełnych spustoszenia i zgrozy.

Edgar Allan Poe, Zagłada domu Usherów

Ostatni dom po prawej.

Prowadzi do niego ścieżka, która potem omija go i zanurza się w lesie. Wszystkie okna zabezpieczone są kutymi kratami, przed frontowym wejściem leży w części rozłożone truchło średniej wielkości zwierzaka; wystające kości jeszcze nie zbielały. Dom i zabudowania gospodarcze – wewnątrz nie ma nikogo – sądząc po warstwie kurzu i datach na strzępach gazet – już od dawna, chociaż świadomość byłej obecności jest wyczuwalna. Kolekcja butelek po alkoholach i nie tylko, poliestrowe zasłony, krzywo wiszące w oknach, każą się zastanawiać od czego oddzielały świat zewnętrzny; wieszaki na piętnaście okryć wierzchnich; szczoteczka do zębów wciąż tkwi na swoim miejscu jak w jakimś post-apokaliptyczno-atomowym znieruchomiałym kadrze; plama jaskrawszego koloru – żółty kalosz rzucony niedbale koło drzwi. Rozpad i rozkład od wielu lat – cegła przedziera się przez warstwy tynku i farby, metalowe przedmioty połyka rdza. Pomieszczenia płynnie przechodzą jedno w kolejne, tworząc tunelo-labiryntową przestrzeń o niejasnym nacechowaniu. Dwie kapliczki jak podwójne zabezpieczenie przed nieznanymi siłami  (albo na wszelki wypadek, nie wiesz czy wierzysz, ale w niemalowane odstukasz). Miejsce pogranicza.

*

Zwiedzanie cudzej rzeczywistości zawsze jest ciekawsze niż najlepsze muzeum, peep-turystyka uprawiana trochę po kryjomu, z poczuciem winy, które jednak daje przyjemność – guilty pleasure jak okazjonalne palenie. Dziwne uczucie, jak wtedy gdy po raz pierwszy jesteś sama w miejscu, w którym dotąd zawsze bywałaś z ludźmi. Jak wtedy, gdy opiekujesz się kotami znajomych, gdy są na wakacjach i ich dom, miejsce, które zazwyczaj naznaczają swoimi słowami, oddechem, dotykiem, teraz jest opustoszałe. Poruszam się na palcach i czuję jak intruz, chociaż jestem tu z ich polecenia. Boję się zająć ich przestrzeń, a równocześnie czuję dreszcz podniecenia na myśl o tym, że mogłabym to zrobić – w czasie, gdy oni oglądają zabytki Wietnamu albo północnej Polski. Zachowuję się przywozicie. Jak zwykle – najbardziej zuchwałe transgresje dokonują się głównie w mojej głowie.

*

Wychodząc stoję jeszcze przed ogrodzeniem i robię kilka zdjęć. Od strony lasu zbliża się odgłos szurania i kroków po zeschniętych, zeszłorocznych liściach. Na wypadek czepialstwa/sąsiedzkiego śledztwa wymyślam jedną, dwie wymówki, kiedy kroki są tuż za moimi plecami, odwracam się, ale nie widzę tu nikogo nikogo.

dzienniki majowe (właściwie kwietniowe) #4 („the mummers dance”)

Znowu nocna jazda, tym razem, zamiast świecących kocich oczu, świecąca w oczy latarka podejrzliwego funkcjonariusza straży granicznej, gotowego już zaraz, natychmiast przetrząsnąć samochód w poszukiwaniu nielegalnych substancji, osób, czegokolwiek. Jego przełożony aż tak nieufny nie jest:

Dokąd?

(krótka wymiana zdań)

Dobrze, proszę jechać.

Młody puszcza nas z pewnym żalem, bo znowu nastaje spokojna, nudna, podlaska noc – my w nią odjeżdżamy, oni, przyczajeni na poboczu, w niej zostają.

Za to za dnia (dni) powrót do poznanych już zakątków, tym razem w wiosennym anturażu. Ścieżkami przez Puszczę, miękkie gałązki ozdobione świeżo wypuszczonymi zalążkami liści, tam gdzie wilgotniej, błyszczą słońca kaczeńców, a po kilkugodzinnej włóczędze, droga powrotna tak się dłuży, że nawet psy odpuszczają harcowanie na boki i, krok za krokiem, wloką się wzdłuż porośniętych trawą i zawilcami (anemone) torów kolejki wąskotorowej. Wieczorem, przyogniskowe opowieści o lokalsach, życiu (ich i naszym), nasłuchiwanie odgłosów nocy i co tam od strony Białorusi dobiega.

Na odjezdne, ukazują się dwa żubry, świadome naszej obecności, ale jednak bardziej zajęte swoimi (konsumpcyjnymi) sprawami.

solarno-lunarne migawki z Roztocza

Roztocze zachwyca nieoczywistymi nazwami mijanych miejscowości (Tereszpol-Zaorenda, Momoty Górne, Oseredek, Ciotusza Stara, faworytem pozostaje Hedwiżyn (w mojej głowie chyba już na zawsze pisane jako Headvision)), ale nie tylko – Szumy nad Tanwią, Czartowe Pole, Bukowa Góra. Ładność nazw rezerwatów przekłada się na urokliwość przyrodniczej rzeczywistości (czego nie można powiedzieć o miejscowościach, ale to akurat ogólnokrajowy standard).

***

Koniec kwietnia, niskimi temperaturami, nie zachęcił wegetacji do pójścia na całość. Przed szereg wyskoczyły tylko forsycje, ale one tak zawsze. Bzu (Syringa vulgaris) do (tam)tej pory nie widziano, choć oczekiwania były spore. Pewnie dlatego, te kilka dni spędzonych między lasem, łąkami, a rozpalonym kominkiem (jedyne źródło ogrzewania) naznaczone było poszukiwaniem (trochę wątłych) oznak bieżącej kalendarzowo pory roku – gdzieś między przelotnym deszczem, krótką zadymką śnieżną, a coraz bardziej rozochoconymi promieniami słońca.

***

Taki czas, kiedy wiosna powoli, ale nieustępliwie się kluje, a po miesiącach ciemności, szarości i chłodu, czekasz na słodko – ziemny zapach wieczorów, eksplozję tętniącej żywotnością zieleni, która razi w oczy i wyczuwalną w powietrzu obietnicę (albo tylko złudne wrażenie), że tym razem i w tym roku, wszystko co najlepsze stanie się możliwe, wystarczy tylko mocno chcieć i wyciągnąć po to ręce. 

widok nieoczywisty: ruiny dziewiętnastowiecznej papierni na brzegu rzeki Sopot

***

Nocny las, nad którym świecił super-księżyc w skorpioniej pełni, emanował bezgłośnością i spokojem. Zamieszkujące go zwierzęta (i inne stworzenia ze słowiańskiej mitologii) tym razem nie ujawniły swej obecności. Podobnie możliwość zobaczenia własnego Cienia, jaką oferowała aktualna faza księżyca, pozostała niewykorzystana, a jedyne cienie z jakimi przyszło się konfrontować, to te rzucane przez drzewa, w punktowym świetle smartfonowej latarki.