jest miesiąc czerwiec

nic się nie dzieje, nic się nie działa
i nie powstają przeciw ciałom przeciwciała
minęła pełnia, wysechł melodramat
jest miesiąc czerwiec i dzwonią tramwaje
tłoczy się w oknie początek lata
jest łakomczuchem twojego ciała
chodź wyślemy widokówkę w czasy przyszłe
będziemy wspominać naszą tu wizytę
gdzie nic się nie działo, nic się nie działało
i nie powstawały przeciwciała przeciw ciałom.

Miłosz Biedrzycki

Mikrowyprawa na Bieńczyce zakończyła się eksploracyjną klęską.

Jedynym elementem budzącym ciekawość, był zakład młynarski, z budynkami popadającymi w ruinę i wciąż dzielnie trzymającą fason żelazną bramą. Nie starczyło jednak sił, zapału ani nawet pomysłu, aby go zurbeksować.

Rzeka Dłubnia, sunąca sino-burym nurtem, nie zachęcała ani do kąpieli ani do kontemplacji. Idąc wzdłuż płotów ogródków działkowych, zazdrościłam ich użytkownikom dostępnego kawałka zieleni i cienia. Potrzeba ich znalezienia była tak silna, że szybko się ewakuowaliśmy, nie dając bieńczyckiej dzielni szansy na zrobienie dobrego wrażenia.

Może następnym razem.

Na szczęście jest miesiąc czerwiec,

w swoim wariancie upalnym, błyszczącym czerwienią czereśni i truskawek, wybrukowanym bobem, topiącym asfalt (a i podobno chłód ludzkich serc).

Spektakularne zachody słońca mogą zrekompensować wiele.

Co prawda do równonocy daleko, ale na zdjęciach przedwieczorny świat dzieli się równo na ciemną i jasną część, w połowie ozdobioną sylwetkami drzew, pagórków, klasztoru na Bielanach i źdźbłami traw.

Na kursie fotografii spytaliby a gdzie kompozycja, motyw, co się na tych zdjęciach dzieje? Spieszę więc z odpowiedzią – otóż nic się nie dzieje, nic się nie działa.

Jest miesiąc czerwiec.

I to wystarcza.

saudade i uczucia mieszane

Tęsknię do tego, co już nie wróci (…), tęsknię za domem, który właśnie straciłem, i wiem, że go nie odzyskam. Dlaczego my, Portugalczycy, wiecznie za czymś musimy tęsknić? Za światem innym niż Portugalia. bo kimże my jesteśmy – wejściem do Europy czy jej ujściem?

Iza Klementowska, Samotność Portugalczyka

Klimat tego krótkiego zbioru reportaży zdominowany jest przez melancholię. I to melancholię w dawnym tego słowa znaczeniu, będącym synonimem depresyjnego przygnębienia. Portugalia, jak wiele innych narodów, ma nieprzepracowane traumy, których brzemię nadal nad nią ciąży. Kolonialna przeszłość (gdzie z jednej strony uwierają, mniej lub bardziej wyparte, grzechy względem podbitych społeczności, z drugiej – utrata znaczenia – światowa potęga zredukowana do wąskiego paska na skraju kontynentu), dyktatura Salazara z jego opresyjnym państwem, która dla wielu była łamiącym doświadczeniem, ale przecież byli i tacy, których oburzyła rewolucja goździków i jej następstwa, współczesne problemy (książka została wydana w 2016 roku) – bezrobocie, napływ ludzi z dawnych kolonii (i nie tylko) i czasami wynikający z tego spotkania rasizm…

Wszystko to tworzy opowieść, która niewiele ma wspólnego z wizerunkiem Portugalii, sprzedawanym w biurach podróży. Autorka spogląda w kierunki, w które turyści patrzą rzadko – opowiada o zwyczajnych ludziach, za którymi stoją często niezwyczajne biografie i których losy dramatycznie odmieniały się pod wpływem historii przez duże „H”.

Czytając jednak tę książkę, miałam momentami wrażenie, że opowieść opowieści jest nierówna. Niektórym bohaterom autorka poświęca więcej uwagi i detalu (choćby historycznego), a w przypadku innych ciężko stwierdzić czy jej narracja to wynik rozmowy czy snucia fantazji i jej własnych domysłów. Lubię niedopowiedzenia i nie uważam, że każde i musi mieć kropkę, od reportażu nie oczekuję też udawania, że jest sterylnie obiektywny, a jego autor nie istnieje, niemniej jednak tutaj zbyt często zastanawiałam się czy mam do czynienia z oddaniem głosu bohater(k)om czy z fikcją literacką zbudowaną na podstawie prawdziwych wydarzeń. Trochę to czepianie się, a trochę uwierające wrażenie.

Słowacja, misz-masz bardziej prowincjonalny (vol.3)

Uwaga na marginesie:

Przemieszczając się po słowackich drogach, zatrzymując (spacerując, pomieszkując) w wioskach i większych miejscowościach odnoszę nieodparte wrażenie spokoju i niespieszności. Jadłodajnie zamykane są wczesnym popołudniem, a niektóre w weekendy w ogóle nie działają, ludzie w kolejce stoją tylko po niedzielne lody. Piewcy idei slow life mogliby do woli czerpać stąd inspiracje.

widok na pola rzepaku z daleka…
…i z bliska
przysmak nieoczywisty, bo z czosnkiem niedźwiedzim
Bubo na wyrypie: tu – 704 m.n.p.m., Skalnata; mala turistka, to i horka mala
hostinec na vrsku, w tv hokej na lodzie

Słowacja, bratysławski misz-masz (vol.2)

Bilet kolejowy do Bratysławy, z oddalonej o trzydzieści kilometrów miejscowości, kosztował 1,30 euro od osoby – to mniej niż godzinny bilet w komunikacji miejskiej w Krakowie, gdzie, tkwiąc w korku, przejedziesz kilometrów trzy. Pociąg dojeżdżał do dworca Nove Mesto, dzięki czemu poznawanie słowackiej stolicy można było zacząć od zaplecza.

Sunęliśmy więc ulicami w zwykłych, nieturystycznych dzielnicach, które są sobie sobą i nie próbują się nikomu na siłę przypodobać, podglądając jak ludzie żyją i jak im się wiedzie (wygląda, że chyba całkiem nieźle). W piwiarni siedzieli panowie – po swobodzie w zachowaniu, od razu widać, że stali bywalcy, na korcie tenisowym być może grasowała przyszła gwiazda tego (tyleż dochodowego, co nudnego) sportu, a na jednym osiedlu widziałam rzeźbę pocisku balistycznego umieszczoną w fontannie (true story).

***

Niektórzy* twierdzą, że sercem wiekowego miasta jest jego stary rynek, zabytkowe kamienice, zamek. Dyskutowałabym.

Tak teraz jak i dawniej serce miasta bije tam, gdzie jego mieszkańcy chodzą najczęściej i bez czego obejść by się nie potrafili. I nie, nie są to ani ratusz ani zabytkowe apartamenty w ścisłym centrum, ale targowiska. Możliwość ich odwiedzania, to jedna z największych przyjemności podróżowania, a to, na które trafiłam w Bratysławie, było fascynującym melanżem przylegających do siebie alternatywnych światów, na który składały się:

– stoiska, gdzie, jak w latach dziewięćdziesiątych i na początku wieku, powiewały na wieszakach fartuchy z materiałów tak sztucznych, że przetrwają kolejne trzy tysiące lat, a na stołach leżał szeroki wyborów ogromnych gaci,

– tchnące egzotyką biznesy przedstawicieli/lek mniejszości wietnamskiej,

– hipsterski pivovarek, z adekwatnymi cenami,

– knajpa, w której, dla odmiany, przesiadywali mniej modni klienci,

– budki z jedzeniem (ach, co to był za czosnkowy langosz – tłusty i słony, czyli najlepszy),

– budki z produktami spożywczymi do samodzielnego gotowania,

– stragany z warzywami i owocami.

Pozornie nieprzystające, a jednak tworzące spójną, patchworkową całość. Połączone buzującą energią sprzedawców i ludzi chodzących na targ, ich codziennych sprawunków, uprzejmości i krótkich żartów wymienianych przy okazji, większych i drobnych zakupów, które w kuchniach pobliskich mieszkań i domów przejdą niemalże alchemiczną przemianę w posiłek.

*głównie przewodniki

***

Ponad pięć milionów obywateli Słowacji nie obnosi się aż tak bardzo ze swoim istnieniem, nawet w stolicy, i dopiero w okolicy starówki nieco zgęstniało od ludzi, sklepów z pamiątkami i knajp. Te ostatnie w stylu wysoko (cenowo) – europejskim (w odróżnieniu od stylu nisko-europejskiego dominującego w miejscach, które mają raczej wywalone na to, co ktoś (a zwłaszcza przyjezdny) może sobie o nich pomyśleć), ci pierwsi częściowo zdradzili się jako turyści i to głównie z Polski. Nadal jednak Stare Miasto emanowało spokojem, przestrzenią i nieśpiesznym rytmem, jakiego nie uświadczysz na przykład w zatłoczonej Pradze (sorry za oczywistość skojarzenia). Bratysława, w odróżnieniu od niej, okazała się mocno niedoceniana. I, jak dla mnie, może taka pozostać.

seromat na pętli autobusowej 🙂
kawiarnia UFO

Słowacja zachodnia, po prostu (vol.1)

Gdzieś za Trenczynem, ale przed okolicami Trnawy, między ciągnącymi się żółto polami rzepaku, uświadomiłam sobie, że Słowacja znajduje się tuż za rogiem, ale jeszcze nigdy nie zapuszczałam się tak daleko w jej głąb.

Owszem, był Bardejov, były Tatry i pomniejsze górki, Koszyce i inne postoje w tranzycie do/z Rumunii, wszystko to jednak raczej przy okazji niż specjalnie. Lata temu, wracając (chyba z Bukaresztu) powiedziałam, ej, trzeba by tu kiedyś przyjechać. I w końcu to kiedyś nastało. Nie był to, co prawda, kierunek pierwszego wyboru, przeważył argument pogodowy – podczas gdy inne miejsca bliższej i nieco dalszej Europy środkowej miały spływać zimnym deszczem, Bratysława i okolice kusiły dobrze widocznym słońcem i ciepłem. Tym samym, wyjątkowo, obyło się bez dorocznego, początkowo-majowego marznięcia w plenerze. Chociaż plenerów nie zabrakło.

***

Wyłomem w parogodzinnej podróży był krótki postój w Trenczynie. Zaraz przy parkingu zamknięta na trzy spusty, ale znajdująca się w całkiem niezłym stanie, synagoga, spacer przez starówkę i wspinaczka na wzgórze zamkowe. Widok z lotu drona dość ciekawy – pełzające nitki Wagu i torów kolejowych przecinają miasto, mniejsze i większe kosteczki starych kamienic i nowszych domów tworzą zgrabną kremowo-ceglastą układankę; komuś schnie pranie na zabytkowym balkonie i można je podziwiać z wieży hradu, niewinny wojeryzm, zawsze w cenie.

***

Zwiedzanie miejskiej Słowacji to właśnie Trenczyn i potem Bratysława.

Pandemia podobno wielu osobom zmieniła priorytety – mnie również, głównie te podróżnicze. Kiedy nie można było za bardzo iść na (jakiekolwiek) miasto a wyjazd za granicę urastał do rangi problemu (przede wszystkim w mojej głowie, ale jednak), można było udać się do lasu. Szybko okazało się, że łażenie ścieżkami między drzewami, po chaszczach i bagnach (fare thee well, czternastoletnie adidasy, które w jednej z takich przepraw straciłyście życie) jest dziko satysfakcjonujące, a głowa dotlenia się i odpoczywa jak mało gdzie (jeszcze nad morzem tak może).

Dawniej, planując wyjazd, w pierwszej kolejności celowałam w miasto – sprawdzałam muzea, ciekawą architekturę, dziwne miejsca, omijane przez przejezdnych, teraz uważam, że kilkudziesięcioletnie (albo i starsze) drzewo, to najlepszy zabytek z jakim można obcować i jest to zbytek, na który pozwolić może sobie każdy.

gastrocentrum pod brzozą w trakcie rozbiórki, o dziwo, drzewa (jeszcze?) nie