dzienniki majowe #3 („to the top”)

I know it’s not the right time tonight
But I won’t move until this stops
Go back to the top

Twin Shadow

Coraz rzadziej potrafię określić, jaki jest dzień tygodnia i czy któryś z moich planów życiowych jest jeszcze aktualny, ale za to znam już ze dwadzieścia słów po katalońsku, a większość czasu, którego nie marnuję na wypełnianiu smętnych obowiązkach dorosłego człowieka, trawiona jest w górskim plenerze.

Beskidy to góry, które nie roszczą sobie pretensji do udawania, że są czymś więcej niż są. Nie szokują wysokością, gardzą majestatycznością, nie zależy im na byciu fotogenicznymi. Są jak minimalistyczne tatuaże ze Szlaku – simple mountains for simple people.  Góry w sam raz, na miarę swoich możliwości. I moich też.

DSC_0078 (Kopiowanie)

DSC_0067 (Kopiowanie)DSC_0088 (Kopiowanie)

DSC_0027 (Kopiowanie)DSC_0030 (Kopiowanie)DSC_0002 (Kopiowanie)DSC_0046 (Kopiowanie)DSC_0022 (Kopiowanie)DSC_0009 (Kopiowanie)

dzienniki majowe #2 („wild animals enjoy freedom of a quieter world”)

BBC donosi, że gdzieniegdzie zwierzętom żyje się teraz spokojniej i ja to potwierdzam. Nawet w mieście szalejącej deweloperki, ciągle jeszcze mogę wsiąść na rower, trochę pokluczyć, zjechać ze ścieżki, wywlec jednoślad na górkę i trafić w takie miejsce jak Uroczysko – w którym nie ma nic poza laskiem, krzakami, trawą, skałkami i świętym spokojem (na moment zaburzonym przez pojawienie się Człowieka Z Toporem I Piłą Ręczną Do Metalu). W ciągu tygodnia, pojedyncze osobniki odpoczywają tu od uciążliwych i absurdalnych nakazów (zasłanianie jamy nosowo-gębowej) i zakazów (picie piwa na kocu), udając, że świat  jest gdzieś dalej. Oczywiście – nie jest. Osiedla, które w tym mieście rosną jak grzyby po radioaktywnym deszczu,  już osaczają, napierają, chcą podejść jak najbliżej, a niedaleko – pole nieustającej bitwy dobra z magistratem – Zakrzówek. Jednak, przynajmniej na razie, trzeba wierzyć, że, dopóki nie jest całkiem źle, jest w porządku, a przy pogłębionej próbie zgubienia, można wleźć w niezłe bagna i natknąć się na informację o uwaga – dzikach, je same trudno ostatnio zastać w domu – zdaje się, że bawią na mieście.

DSC_0027 (Kopiowanie)

DSC_0049 (Kopiowanie)DSC_0073 (Kopiowanie)DSC_0077 (Kopiowanie)

dzienniki majowe #1 („singularity”)

See the reddening horizon line
Feel the planet spilling on the space time
On the way down Somerset I take pictures of cement
For the history books on Mother Earth

Darlingside

DSC_0026 (Kopiowanie)

Przykładowy dzień dobry może wyglądać tak:

chmury, słońce, opustoszałe Pieniny,  bo na szlakach niewiele osób – część spotyka się po kilka razy, jeszcze parę pętli i rozmawialibyśmy całkiem szczerze o życiu, politykach i pogodzie. Może kiedyś zacznę robić piękną fotografię górską, świetnym sprzętem, a tymczasem, jest jak jest: zdjęcia z doskoku, rozmyte Tatry i drzewa włażące w kadr, ale nie czas na rozpaczanie. Prawie wymarła Szczawnica (nadal strasząca szyldozą – na nią nie ma skutecznej epidemii),  wejście przez wąwóz Homole, wspięcie się na Wysoką, a potem, dwie godziny spania na polanie (to zawsze najlepszy epizod górskich wycieczek), na koniec, zerwany pierwiosnek, uwieczniony parę dni później w urodzinowej luksografii dla mamy, powrót do domu. 

DSC_0040 (Kopiowanie)DSC_0044 (Kopiowanie)

back to (mother) nature

Drzewa żyją w poczuciu wewnętrznej równowagi. Starannie rozkładają siły, bo muszą tak gospodarować, by zaspokoić wszystkie swe potrzeby.

Peter Wohlleben Sekretne życie drzew

DSC_0017 (Kopiowanie)

Z dendrologiczną dedykacją dla Danieli, wiadomo…

W tym roku Organka nie ma na mojej playliście.

Wiosna dzieje się obok i bez nas i – jak widać – świetnie sobie radzi, potwierdzając dawne przypuszczenia amerykańskich naukowców – ludzie potrzebni są tylko sobie.

DSC_0002 (Kopiowanie)DSC_0035 (Kopiowanie)

DSC_0045 (Kopiowanie)
spłowiały seledyn, miodowa musztarda – te kolory nosiłabym, gdybym mogła zadawać szyku na mieście

Czas bezruchu spotęgował trzeszczenie stawów, stany niepokoju i poczucie, że każdy dzień, to dzień świstaka, niezależnie, od tego czy się poprawisz i na ile zmilejesz. W końcu jednak, po pięciu tygodniach totalnego nieszwendania, psy spuszczono ze smyczy i mogły pohasać. Kierunek – Beskid Mały, akurat w godzinnym zasięgu starego samochodu – górki, a szczególnie las, który nagle stał się obiektem uzewnętrznionych uczuć tysięcy – wszyscy go kochają (z wyjątkiem tych, którzy (nadal i maniacko) wycinają).  Na szczęście, piątkowe przedpołudnie, chociaż słoneczne i ciepłe, nie wybudziło z koronawirusowego snu jeszcze zbyt wielu miłośników pieszych wycieczek. Dystans i fobia społeczna zostały zachowane.

Kilka godzin spędzonych w różnych paletach kolorystycznych – buki w niższych partiach gór, mają się dobrze i zielenieją, pompują soki życiowe niewidzialnymi dla nas żyłami i emanują siłą, runo jest brązowe i zasypane zeszłorocznymi liśćmi, które szeleszczą pod nogami, jakby to nadal była jesień (czy przywiązanie do cztero-podziału pór roku, świadczy o tym, że jestem już człowiekiem starej daty?), na szczytach – szaro i sucho- albo wiosna jeszcze tu nie przyszła albo w zielonym wariancie nie zjawi się wcale.

***

Na styczniowym spotkaniu „grupy klimatycznej” padło retoryczne czy byłoby cię stać na mniej?  Mniej pracy, mniej kasy. Mniej konsumpcjonizmu? Jasne, pomyślałam, właściwie od lat tak żyję; z ideą minimalizmu współgrałam od dawna, ograniczanie było przyjemnością, a nie wyrzeczeniem czy samoumartwieniem. Kiedy jednak mniej przestaje być wyborem, a staje się koniecznością, oznaczając chociażby brak mobilności, odłożone/utracone podróże (a to i tak, w obliczu pozostałych,  „problemy pierwszego świata”), przekonanie, że tak, jasne traci na wyrazistości.

Mentalny excel działa na pełnych obrotach, w tabelkach wydłużają się, zestawiają, listy ewidentnych minusów z nie tak oczywistymi plusami. Na razie wygląda to na lekcję, czym się okaże i w jakim kierunku nas popchnie – (nie)pewnie się przekonamy.

 

DSC_0013 (Kopiowanie)DSC_0025 (Kopiowanie)DSC_0072 (Kopiowanie)

 

bałkański kolaż, czyli sałatka z bardzo bladych warzyw

Niekradzione – znalezione, w czeluści dysku zewnętrznego, skany filmu sprzed lat – na rozciągniętej kliszy, rozciągnięta droga przez Półwysep Bałkański; żywe kolory i glamour zostały pewnie gdzieś na karcie pamięci usb jak na przykład: burzowo – chmurzasto – groźne wieczory w Sarandzie i kolacje na plaży w Ksamilu, przy zlewającym się z nieba miodowo – różowym zachodzie słońca (można było się nim zachłysnąć, tak jak ściągniętym z zakurzonej sklepowej półki winem, które okazało się już być octem).

W zenicie odbicie znalazł raczej niefolderowy aspekt rzeczywistości – przydomowy ogródek, miejsca bez nazwy, zazwyczaj tylko (po)mijane, bardziej przydroża niż bezdroża (te ostatnie bywają „romantyczne”) na przykład: droga usłana obłupanymi kamieniami oraz stadem owiec, którym towarzyszył, równie jak one, kudłaty pasterz – przykro mi, ale to nie was wybrano do reklamy halloumi, brzegi Jeziora Ochrydzkiego, gdy nagle, wczesnowrześniowe niebo zasnuło się melancholią i nastała jesień – otulając ciała mgłą, a serca czarną rozpaczą, no bo gdzie to ciepło, za którym pędzą na koniec świata wszystkie narody Europy od Rumunii na północ?

F1040008 (Kopiowanie)
wyblakłe kolory północnej Grecji
F1040016 (Kopiowanie)
ujednolicona kolorystyka Jeziora Ochrydzkiego
F1040022 (Kopiowanie)
pola przydrożnych słoneczników gdzieś w Serbii
F1040011 (Kopiowanie)
coś i gdzieś

F1040014 (Kopiowanie)

Okazuje się jednak, że nawet w dwudziestym pierwszym wieku, nie każda historia ma swój (foto)graficzny odpowiednik – są takie, które zostały tylko w głowie i nie istnieją na nie żadne dowody.

Nie ma śladu po wizycie w arumuńskiej wiosce w Macedonii; na podstawie cienkiego folderu, jaki dostałam w Bitoli, wysnułam wniosek, że to urokliwa miejscowość, przez którą przemkniemy niezauważeni. Tak się nie stało, bo do Malovište prowadziła jedna droga i było to miejsce z którego kto mógł – wyjechał, więc ludzi mieszkało tak niewielu, że każda nowa twarz się liczyła czy raczej była liczona. O projekcie rewitalizacji i warsztatach tkackich (i tych z bycia turystycznym miasteczkiem) słuch zaginął. Moja, wtedy marna, znajomość rumuńskiego nie pomogła jakoś szczególnie w komunikacji, zdaje się jednak, że zaskarbiła nam trochę sympatii i może dlatego jedliśmy jeżyny i ogórki, częstowani przez samozwańczą panią przewodniczkę, która prowadziła nas przez wioskę, wołając, że przyjechaliśmy z Polski i opowiadając o kierunkach, w jakich rozjechali się młodsi mieszkańcy (głównie Włochy i Australia). Pies, zwany Rokim, nie odstępował jej na krok. I trochę była to mała (A)Rumunia, bo zielone i łagodne zbocza, z powoli dziczejącymi drzewami owocowymi,  przypominały dackie serce Transylwanii. 

Ani w zenicie ani w innym aparacie nie zostały też zatrzymane obrazy dziwaczne jak ten,  mężczyzny na obrzeżach Korczy, idącego z wielkim, brunatnym psem na smyczy, który, po dokładniejszym przyjrzeniu, okazał się niedźwiedziem. Przeczytana potem książka Szabłowskiego o niedźwiednikach, zracjonalizowała to wspomnienie,  ale oszołomienie i wrażenie nagłego surrealizowania się rzeczywistości, zostało do dziś.

 

(dawno temu) na pętlowiskach

DSC_0025-crop (Kopiowanie)

DSC_0016 (Kopiowanie)

 z dedykacją pre-urodzinową dla K. i dla B. – towarzyszy tych kilku pętlowych (i nie tylko) przejażdżek 

budki owocowo-warzywne, place targowe, podwórka ukryte we wnętrzach kamienic, puste budynki, w których kiedyś były kina, zmienianie stron miasta przejeżdżaniem przez mosty. rowery i tramwaje. bez/pańskie psy i wolno/żyjące koty, bary mleczne i inne. jak ten Na Wzgórzach albo za wzgórzami (a może to był sklep) – nieprzychylnie tam na nas spoglądali lokalni panowie, na odległość wyczuwający wścibskich przyjezdnych, którzy pod pretekstem kupowania piwa, chcą im podsłuchać życie i jeszcze ukradkiem zrobić zdjęcie. wszystko to telefonem.

niewiadomego przeznaczenia blaszaki w kolorze turkusu obłędnego niczym wody mórz południowych, smutek zakurzonych butików.

pętle komunikacyjne, na szyję ich nie założysz, nie zaplątasz się, przeciwnie – wyjdziesz na prosto – w jakimś pozornie nieciekawym miejscu (czyimś naprawdę), na przykład: zawieszonym między byciem miastem a wsią (różnica to mentalna i w jakości życia oraz relacjach z sąsiadami – przynajmniej dawniej tak sądzono).

dalej,

osypujący się pałacyk z balkonem falującym jak zegary Salvadora, ulica Narcyza Wiatra (kto nie chciałby się tak nazywać?), innym razem – lunarnie pokiereszowane hałdy (standing on the moon where talk is cheap & vision true), uwaga! kąmpiel wzbroniona, ciepło lata, które jeszcze nie kojarzyło się z katastrofą.

na koniec wycieczki, podniesiony z chodnika urwany fragment czyjegoś planu na najbliższe życie; zamiast wiersza, lista rzeczy do zrobienia:

– kupić mleko i mydło

– odrobaczyć psa

-naprawić [zamazane].

023 (Kopiowanie)

038 (Kopiowanie)047 (Kopiowanie)

DSC_0068 (Kopiowanie)DSC_0095 (Kopiowanie)075 (Kopiowanie)

002 (Kopiowanie)021 (Kopiowanie)

DSC_0058 (Kopiowanie)

DSC_0074 (Kopiowanie)

wertując (analogowe) foto-archiwa: lyme regis, czyli paleontologia odległych wspomnień

famous angels never come through England/ England gets the ones you never need

The National

IMG_0021 (Kopiowanie)

co można zrobić, kiedy nic nie można robić? można sprzątać, przeglądać ubrania, zaglądać do pudeł i szuflad, znajdować koperty, a w nich zdjęcia (dziewczęta na imprezach, chłopcy na rowerach, psy, których już nie ma, miejsca, które, zdaje się, nadal istnieją), dokopując się do naprawdę zamierzchłej przeszłości, jak lato sprzed dwunastu lat.

***

mewy, przestępczość dobrze zorganizowana, kradną resztki jedzenia ze stolików i śmietników, krzyczą już o świcie, który w lecie nastaje zanim skończy się noc.

sklep z książkami za funta, ograniczenia bagażowe, nie pozwalają wykupić całego, ale i tak przywiozę rzeczy, które w Polsce ukażą się dekadę później albo nie ukażą się wcale (The spiral dance, On the road, Zen & the art of  motorcycle maintenance).

raz na czas pojawia się pani i zawsze z miłym uśmiechem składa zamówienie bonjour, café au lait, merci, więc ja także bonjour, voilà, au revoir; zapewne przybyła zza Kanału za pracą albo miłością albo jednym i drugim, lubi jednak językowo podkreślać przywiązanie do dawnej ojczyzny, a może tęskni, bo miłość wygasła, a praca – wiadomo – jak każda. po paru tygodniach odkrywamy, że wzajemne podejrzewanie się o bycie Francuzką jest nieuzasadnione – drobne ukłucie rozczarowania (we mnie, bo pryska aura wygnańczej melancholii, a przecież mając niewiele więcej niż dwadzieścia lat, najbardziej ceni się w ludziach umiejętność bycia pięknie smutnym; w niej, bo chciałaby się podszkolić w konwersacjach, a ode mnie nie usłyszy zdania złożonego w żaden sposób, co najwyżej Marsyliankę wyrecytowaną do połowy). nie pozostaje nic innego jak good morning, coffee with milk, please.

morze (a może te wody to już ocean?) jest na wyciągnięcie ręki i zbyt lodowate, by się zanurzyć, a co dopiero pływać (potem będę żałować, że nie kupiłam pianki i jednak nie korzystałam z tego wodnego dobra, ale przynajmniej napatrzyłam się na zapas).

chyba dopiero po powrocie odkrywam, że rok wcześniej zmarł (a wcześniej przez długie lata mieszkał) tutaj John Fowles – autor Maga, powieści, którą im więcej razy czytasz, tym bardziej zachwyca.

i jeszcze Mary Anning.

idę, a amonity skręcają się pod stopami tworząc supły.

czas skraca się, zapętla, milionami lat trwa w bezruchu, a kiedy tylko na moment odwrócisz głowę, okazuje, że już minął.

you can’t take a picture of this, it’s already gone.

IMG_0016 (Kopiowanie)IMG_0019 (Kopiowanie)IMG_0018 (Kopiowanie)IMG_0017 (Kopiowanie)IMG_0004 (Kopiowanie)IMG (Kopiowanie)