dzienniki majowe (właściwie kwietniowe) #4 („the mummers dance”)

Znowu nocna jazda, tym razem, zamiast świecących kocich oczu, świecąca w oczy latarka podejrzliwego funkcjonariusza straży granicznej, gotowego już zaraz, natychmiast przetrząsnąć samochód w poszukiwaniu nielegalnych substancji, osób, czegokolwiek. Jego przełożony aż tak nieufny nie jest:

Dokąd?

(krótka wymiana zdań)

Dobrze, proszę jechać.

Młody puszcza nas z pewnym żalem, bo znowu nastaje spokojna, nudna, podlaska noc – my w nią odjeżdżamy, oni, przyczajeni na poboczu, w niej zostają.

Za to za dnia (dni) powrót do poznanych już zakątków, tym razem w wiosennym anturażu. Ścieżkami przez Puszczę, miękkie gałązki ozdobione świeżo wypuszczonymi zalążkami liści, tam gdzie wilgotniej, błyszczą słońca kaczeńców, a po kilkugodzinnej włóczędze, droga powrotna tak się dłuży, że nawet psy odpuszczają harcowanie na boki i, krok za krokiem, wloką się wzdłuż porośniętych trawą i zawilcami (anemone) torów kolejki wąskotorowej. Wieczorem, przyogniskowe opowieści o lokalsach, życiu (ich i naszym), nasłuchiwanie odgłosów nocy i co tam od strony Białorusi dobiega.

Na odjezdne, ukazują się dwa żubry, świadome naszej obecności, ale jednak bardziej zajęte swoimi (konsumpcyjnymi) sprawami.

solarno-lunarne migawki z Roztocza

Roztocze zachwyca nieoczywistymi nazwami mijanych miejscowości (Tereszpol-Zaorenda, Momoty Górne, Oseredek, Ciotusza Stara, faworytem pozostaje Hedwiżyn (w mojej głowie chyba już na zawsze pisane jako Headvision)), ale nie tylko – Szumy nad Tanwią, Czartowe Pole, Bukowa Góra. Ładność nazw rezerwatów przekłada się na urokliwość przyrodniczej rzeczywistości (czego nie można powiedzieć o miejscowościach, ale to akurat ogólnokrajowy standard).

***

Koniec kwietnia, niskimi temperaturami, nie zachęcił wegetacji do pójścia na całość. Przed szereg wyskoczyły tylko forsycje, ale one tak zawsze. Bzu (Syringa vulgaris) do (tam)tej pory nie widziano, choć oczekiwania były spore. Pewnie dlatego, te kilka dni spędzonych między lasem, łąkami, a rozpalonym kominkiem (jedyne źródło ogrzewania) naznaczone było poszukiwaniem (trochę wątłych) oznak bieżącej kalendarzowo pory roku – gdzieś między przelotnym deszczem, krótką zadymką śnieżną, a coraz bardziej rozochoconymi promieniami słońca.

***

Taki czas, kiedy wiosna powoli, ale nieustępliwie się kluje, a po miesiącach ciemności, szarości i chłodu, czekasz na słodko – ziemny zapach wieczorów, eksplozję tętniącej żywotnością zieleni, która razi w oczy i wyczuwalną w powietrzu obietnicę (albo tylko złudne wrażenie), że tym razem i w tym roku, wszystko co najlepsze stanie się możliwe, wystarczy tylko mocno chcieć i wyciągnąć po to ręce. 

widok nieoczywisty: ruiny dziewiętnastowiecznej papierni na brzegu rzeki Sopot

***

Nocny las, nad którym świecił super-księżyc w skorpioniej pełni, emanował bezgłośnością i spokojem. Zamieszkujące go zwierzęta (i inne stworzenia ze słowiańskiej mitologii) tym razem nie ujawniły swej obecności. Podobnie możliwość zobaczenia własnego Cienia, jaką oferowała aktualna faza księżyca, pozostała niewykorzystana, a jedyne cienie z jakimi przyszło się konfrontować, to te rzucane przez drzewa, w punktowym świetle smartfonowej latarki.

(przypadkowe) fra gm ent y

Kolejny raz przeglądam zdjęcia z zeszłego lata (co zapewne jest wyrazem mniej lub bardziej uświadomionej tęsknoty za tą porą roku jak i mobilnością). Podróż przez Dolny Śląsk nie trwała długo, ale obfitowała w intensywność wrażeń i mnogość odwiedzanych zakątków.

Czego tam nie było (a co jest)?

Ruiny dworu (którego początki sięgają szesnastego wieku) oraz okolicznych zabudowań gospodarczych (1.), budynek, przy drodze krajowej 33, który na pierwszy rzut oka przypomina synagogę (2.), chociaż z informacji, jakie znalazłam, wynika, że przed wojną był to po prostu Gast- und Pensionshaus, wreszcie (3.) – nazistowska „muchołpka” – obiekt, na temat którego snute są teorie mniej lub bardziej fantastyczne i który gra w serialach.

A to i tak jeszcze nie wszystko.

1. ( Idzików)

2. (Żelazno)

3. (Ludwikowice Kłodzkie)

tańczący z drzewami

„A do tego drzewa leczą. Niedawne badania wykazały, że chorzy, którzy leżeli w szpitalach o oknach wychodzących na parki, szybciej dochodzili do zdrowia. Drzewa obniżają też poziom agresji, ludzie po spacerze w parku są wobec siebie przyjaźniejsi, i w ogóle spokojniejsi.”

Nie od dziś wiadomo, że wśród drzew najlepiej jest po prostu przebywać.

W pierwszy dzień wiosny powiało zimnym wiatrem i posypało śniegiem, ale i tak poszliśmy w las, by celebrować jego międzynarodowy dzień (tak, jest coś takiego). Wybór padł na miejsce niedaleko Krakowa, które ma(m) nadzieję stać się Małą Puszczą Kleszczowską.

Bez szlaków, prawie bez ścieżek, w dół, przepastnymi wąwozami, patrząc pod nogi i przy okazji obserwując po-zwierzęce ślady bytowania oraz kształty formacji skalnych. Wdychając chłodne powietrze i podjadając płatki śniegu. Las, niezależnie od pory roku, to najlepsze miejsce do trenowania się w mindfulness, roztapiania w tu i teraz.

Następne odwiedziny planowane są na zazieleniony czas i już nie mogę się doczekać.

from here to eternit/y

Lipowiec leży na skraju świata, przy drodze, która ośmiela się biec jeszcze dalej, zupełnie dobrze udając, że prowadzi into the wild. Jednak, koniec końców, rzeczywistość zadaje kłam temu wrażeniu – po kilku godzinach leśnej włóczęgi, schodząc ze szlaku, widać piętrzące się sterty wyciętych drzew (kolejny dowód na to, że tryb anihilacja, włączony na własne życzenie, działa sprawnie).

***

P(rzyszłość)G(rozi)R(uiną)

Pierwsze, co rzuca się w oczy – ogólnopolski program usuwania eternitu tu nie dotarł i raczej już nie dotrze. Kiedy rozpadną się budynki, ten azbest w ziemi zakopie się sam. Być może, wcześniej, zjawi się tu Smarzowski, by nakręcić parę scen do „Domu złego 2”, jeżeli kiedykolwiek taki film powstanie. Opustoszała stodoła, w której nadal przechowywane są baloty siana, byłaby dobrym miejscem na łamiącą życia (lub przynajmniej nosy) rozmowę, główny bohater mógłby też ją na końcu sfajczyć rzuconym niedbale niedopałkiem, nieświadomy rozlanej przypadkiem, przez kogoś innego, benzyny.

Na ten moment jednak nie dzieje się nic, ciche, roztopowe słońce skrapla śnieg, kap, kap, zapowiedź wiosny, która kalendarzowo zjawi się za parę (tygo)dni, ale w międzyczasie resztki zimy zdążą przymrozić i wychłodzić. W internetowym uniwersum to miejsce funkcjonuje, ale teraz głębokie ślady w śniegu zostawiamy tylko my. Zabudowania gospodarcze i mieszkalne dzielnie się trzymają, wnętrza tych ostatnich mienią się kolorami ścian – zemdlona pistacja i brzoskwiniowe latte, kiedyś być może, zgodnie z obowiązującą modą, jeszcze pociągnięte wałkiem do robienia wzorków.

Niektóre okiennice zamknięte, w szczelinach innych okien powiewa potargana, jasna folia, całkiem sugestywnie imitując ducha, przy okazji przecząc feudalnemu stereotypowi, że tylko zamki i pałace mogą mieć swoje zjawy i białe damy. Wszak, niezależni od siebie naukowcy, już od połowy lat siedemdziesiątych przekonują, że co jak co, ale ektoplazma medium z każdej warstwy społecznej jest taka sama.